Region. Adrian Balin: „Islandia to inny świat innych ludzi…”

Region. Adrian Balin: „Islandia to inny świat innych ludzi…”

Czy wiecie, że dla Islandczyków konkurs „Eurowizji” to niemalże święto narodowe? Albo że aby dojechać w określone miejsce w tym kraju, trzeba pokonać czasem nawet 40 kilometrów? O tym między innymi z pochodzącym z Gdyni Adrianem Balinem, który na islandzkiej wyspie spędził prawie dekadę, rozmawiał Andrzej Baranowski.

Andrzej Baranowski: Islandia –  ile lat tam spędziłeś? Jakie słowa przychodzą Ci w pierwszej kolejności na myśl o tej odległej wyspie?
 
Adrian Balin: To zabrzmi dość niedbale, jednak było to 7, 8 lat, „dłuuugich” lat. Czas tam leci inaczej, nie raz słyszałem, że ktoś przyjechał na miesiąc, a okazywało się że było to 10 lat wcześniej. Jakie słowa w pierwszej kolejności mi przychodzą na myśl? To dość trudne pytanie. Zdaje mi się że „pustka”. W Polsce gdzie nie spojrzymy, zawsze jest coś. Na Islandii żeby dotrzeć do „czegoś”, najpierw trzeba przejechać z 40 kilometrów, a po drodze poza kamieniami i mchem, nie ma nic.  „Pustka” dla mnie to dość silne i ciężkie określenie, jednak pasujące jak najbardziej do Islandii.
 
A.B.: Jak wygląda życie w tym kraju? Gdzieś przeczytałem, że „Islandia to zupełnie inny świat.” Zgodzisz się z tym?
 
Ad. B.:  Życie na Islandii pod każdym względem jest inne, a zarazem takie samo. Też ludzie tam chodzą do pracy, płacą podatki i wydają pieniądze, jednak na troszeczkę innych warunkach. Każdy ma w sobie dziwny spokój, nie ma tego pędu i pośpiechu, który w Polsce aż czasem przygniata do ziemi i wyciska dech z piersi. Na początku było to dla mnie niesamowite, aż dowiedziałem się, jaki odsetek społeczeństwa bierze antydepresanty. Mimo wszystko, każdy ma tam proste podejście do życia. Nie mój problem, nie moje zmartwienie, jeśli ktoś poprosi o pomoc, zrobię wszystko by pomóc. Co do stwierdzenia, że to inny świat, to absolutnie się z tym zgadzam. Nawet pokusił bym się o uzupełnienie tego określenia – „inny świat innych ludzi”.
 
A.B.: Co przeciętnego Polaka najbardziej mogłoby zaskoczyć jeśli chodzi o obyczaje Islandczyków?
 
Ad. B.: Takiego przeciętnego Polaka, na pewno uprzejmość i unikanie konfliktów. Puszczanie kogoś przodem w kolejce do kasy, bo ma mniej zakupów, to taki standard. Jeśli chodzi o unikanie konfliktów, zdarzyło mi się kilka razy, że ktoś specjalnie zrobił coś po mojej myśli, tylko dlatego bo uniosłem nieco głos. Poza takimi obyczajami, to na pewno jeszcze „Eurowizja”, którą traktują prawie jak święto narodowe i to do tego stopnia, że gdy śpiewa Islandia wszystko staje w miejscu. Ponadto coś czego mi brakuje w Polsce, a więc muzyka na żywo w pubach, która zawsze zaczyna się od jakiś ogólnie znanych kawałków i zawsze kończy się na starych tradycyjnych przyśpiewkach około godziny 1, 2 w nocy.
 
A.B.: Cisza, spokój i ludzi jak na lekarstwo – czy taki opis Islandii jest trafny?

Ad. B.: Tak i nie, jest to niesamowicie magiczne miejsce, bo z jednej strony faktycznie nie ma tam nic i nikogo, jednak kiedy zatrzymamy się na chwilę, próbujemy wziąć ten głęboki oddech i nacieszyć się ciszą. Nagle „boom” – odkrywamy, że jednak w koło toczy się życie, kręcą się ludzie, są lasy, parki i wiele więcej rzeczy, których od razu nie zauważamy, właśnie przez naszą naturę. My pędzimy do przodu jak strzały, nie zauważamy czasem magii świata, która nas otacza. Islandia w jakiś dziwny i niepojęty sposób dała radę zwolnić i tak jak my nie widzimy ich spokoju, tak oni nie widzą naszego pędu.

A.B.: Czym wyróżnia się mentalność ludzi, pochodzących z Islandii?

Ad. B.: To jest strasznie trudne pytanie, bo z jednej strony na pewno spokojem i uprzejmością. Z drugiej niestety fałszywością w spokoju i uprzejmości. Można spokojnie stwierdzić, że ich mentalność wyróżnia się dwulicowością, jednak absolutnie nie w negatywnym aspekcie tego słowa. Są nauczeni być uprzejmymi, jednak to nie wynika czasem z dobroci serca, a z nawyku. Kiedyś wpadłem w poślizg i wylądowałem w rowie, szczyty gór, śnieg, lód i wiatr, wokół brak żywej duszy, żadne z aut przejeżdżających się nie zatrzymało, aż do chwili, gdy wysiedliśmy z żoną i pomachaliśmy do kogoś, kto przejeżdżał. Nie zatrzymali się, bo to nie był ich problem, jednak gdy poprosiliśmy o pomoc, automatycznie nagle każdy stanął i pomógł. To samo tyczy się spokoju, pomimo tego że na wszystko mają czas i do wszystkiego podchodzą spokojnie, to z racji ukrywania złości często muszą leczyć się farmakologicznie z różnych dolegliwości psychicznych.

A.B.: W czym życie na islandzkiej wyspie jest lepsze od życia w Polsce?

Ad. B.: Jest bardzo dużo lepszych aspektów życia, jednak największą zaletą bycia tam są pieniądze. Stać człowieka, właśnie na życie, a nie na przeżycie. W bankach łatwo o kredyt, jeśli nie stać mnie na jego spłatę, zawsze można się dogadać. Nie ma całej tej biurokracji, która w Polsce przeraża i człowiek widząc ilość drukowanego papieru, rozumie o co walczy Greenpeace. Tam wszyscy próbują ułatwić każdemu życie, a nie tak jak w Polsce. 
 
A.B.: W czym życie w Polsce jest lepsze od życia w tak odległym i specyficznym kraju?
 
Ad. B.: Mamy bujną naturę, piękną historię, niesamowite tradycje. Mam tutaj wspomnienia, które osładzają mi rzeczywistość, rodzinę, z którą nie tylko czasem dobrze jest zapozować do zdjęcia. Tutaj jest mój dom, moja ziemia, nie jest lepsza, czy gorsza, jest po prostu moja. To nie pieniądze, czy ludzie sprawiają, że chcę tutaj być. To ten brud ziemi, który już dawno temu, choć wymyty z pod paznokci, jest głęboko w sercu.
 
A.B.: Po latach postanowiłeś wrócić do Polski. Dlaczego?
 
Ad. B.: Założyłem rodzinę, miałem córeczkę, czekałem na narodziny synka. Straciłem niestety dobrze płatną pracę przez mój temperament. Później podjąłem pracę na kutrze rybackim, na którym zostałem ofiarą mobbingu. Gdzieś to wszystko zaczęło się sypać, nagle zarobki stały się takie, jak w Polsce. Wraz z żoną usiedliśmy i doszliśmy do wniosku, że jednak w Polsce jest rodzina, która nam pomoże, choć też będziemy musieli żyć skromniej. Czy żałujemy? Czasem tak, czasem nawet bardzo.
 
A.B.: Czy w Islandii funkcjonują jakieś stereotypy o Polakach?
 
Ad. B.: Oczywiście że tak, jeszcze 10 lat temu były same negatywne, takie jak alkoholicy, „nieroby”, cwaniaki, złodzieje czy krętacze. Można tak wymieniać w nieskończoność. W międzyczasie trochę się to uspokoiło, zdania się podzieliły. Islandczycy zaczęli zauważać, że coraz więcej inteligentnych ludzi, po studiach ze znajomością języka, zaczęło przyjeżdżać, co podniosło naszą, że tak to ujmę, renomę. Okazało się, że Polacy to najliczniejsza i najciężej pracująca grupa społeczna na wyspie. Pojawiły się liczne projekty asymilacji, Polacy wyszli do wyspiarzy dając to, co najlepsze mieli, a oni przyjęli to z uśmiechem na twarzy. Niestety, teraz wirus bardzo namieszał w opinii o Polakach, tubylcy uznali, że to właśnie przez nas choroba się przenosi, bo nie dbamy o higienę osobistą. Nie dziwię im się, że tak pomyśleli, skoro rząd wydał publiczną dyrektywę, że należy myć ręce. Dla świata i Islandczyków była to jasna informacja, że tego nie robimy, skoro rząd nam mówi byśmy zaczęli.

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*