Kartuzy. Paweł Witkowski o koronawirusie: „Świat z 2019 roku nigdy nie wróci…”

Kartuzy. Paweł Witkowski o koronawirusie: „Świat z 2019 roku nigdy nie wróci…”

Z Pawłem Witkowskim, prezesem Powiatowego Centrum Zdrowia w Kartuzach, między innymi o tym, jak koronawirus wpłynął na pracę kartuskiego szpitala oraz o tym, dlaczego zaszczepienie się jest jedynym sposobem na powrót do normalności, rozmawiał Andrzej Baranowski.

Andrzej Baranowski: Rok 2020 niewątpliwie nazwać można rokiem koronawirusa. Był to trudny czas dla służby zdrowia. Jak Pan jako prezes kartuskiego PCZ-u podsumowałby go?

Paweł Witkowski: Chciałbym go podsumować przede wszystkim jako lekarz, którego los postawił w roli zarządzającego powiatowym szpitalem. Rzeczywiście 2020 rok oraz początek 2021 roku to czas, który upłynął pod znakiem pandemii. Naszym działaniem jako lekarzy rządziła ilość pacjentów, zakażonych koronawirusem. Perfidia tej choroby polegają na tym, że ciężko choruje tylko od 10 do 15 procent ludzi. Umiera zaś między 2, a 3 procent. Skala zakażeń tą chorobą jest jednak tak olbrzymia, że ilość chorych przekracza nasze możliwości leczenia. Dochodzimy do granicy możliwości służby zdrowia. Jeśli mamy 200 łóżek w szpitalu i wszystkie są zajęte, to 201. pacjent nie będzie prawidłowo leczony. Jeśli zaś nie będzie prawidłowo leczony, to albo zostanie inwalidą oddechowym, albo umrze. O ile można zbudować bazę sprzętową czy łóżkową, bo jest to tak naprawdę tylko kwestia pieniędzy, o tyle zbudowanie odpowiedniego personelu (lekarzy, pielęgniarek), który zajmie się pacjentami z koronawirusem, nie jest możliwe w ciągu kilku miesięcy. Można próbować namówić obecny personel, aby pracował więcej, tylko że my już w 2019 roku pracowaliśmy bardzo dużo. W 2020 roku przeżyłem w tym szpitalu wszystko – strach, rezygnację, wyparcie czy niechęć do podania ręki ratownikom, którzy robią wymazy w domach. Z drugiej jednak strony łatwo być żołnierzem w czasie pokoju, znacznie trudniej w czasie wojny. To był trudny rok, dlatego że pracowaliśmy i nadal pracujemy na dwukrotnie zwiększonych obrotach. Dzisiaj nic już w medycynie nie wygląda tak samo. Dzisiaj przyjęcie pacjenta do szpitala to zupełnie inny proces. Operowanie pacjenta w związku z chorobą, która nie dotyczy koronawirusa, jest zupełnie innym procesem. Szpital stał się innym miejscem, niż jeszcze w 2019 roku. To był trudny rok również w kwestii kadrowej. Nie wszyscy ludzie chcą w taki sposób pracować, nie wszyscy wytrzymują. W połowie sierpnia pojawił się w naszym szpitalu pierwszy pacjent i wywołał panikę. Nie wiedzieliśmy, czy przypadkiem wszyscy nie zarazimy się od niego, czy środki, jakie zostały zastosowane, wystarczą żeby nas ochronić. Ten pacjent jako pierwszy trafił na odział intensywnej terapii do szpitala zakaźnego. Osobiście zawiozłem go tam karetką żeby pokazać, że trzeba być odważnym w stosunku do tej choroby i należycie wypełniać istotę zawodu, jakim jest praca w służbie zdrowia.

A.B.: Kto umiera na koronawirusa? Ogólnopolskie media mówią o ludziach starszych bądź osobach z chorobami współistniejącymi.

P.W.: Ja przez 30 lat pracy zawodowej nie spotkałem się z taką chorobą. Jest ona tak zmienna i w takiej skali, że jako lekarze mamy mało do powiedzenia. Mamy oczywiście choroby nowotworowe, które nie dają nam szansy leczenia, ale jest ich coraz mniej. Coraz więcej bowiem możemy pacjentom zaoferować w procesie leczenia onkologicznego. Coraz więcej też możemy pacjentom zaoferować w procesie leczenia ciężkich obrażeń. Pojawiła się jednak nowa choroba, której skala jest olbrzymia, bowiem przenosi się jak grypa. Nagle zachorować potrafi 20 tysięcy osób w całej Polsce, chociaż moim skromnym zdaniem tę liczbę należałoby pomnożyć. Testujemy wyłącznie osoby chore z objawami, ale są też osoby skąpoobjawowe lub bezobjawowe, które w dalszym ciągu magą zarażać. Na pewno ciężko chorują ludzie starsi, na pewno ci, którzy mają choroby przewlekłe, chorują na serce, płuca lub nerki, chorują też osoby z nadciśnieniem tętniczym, cukrzycą czy otyłością, która zmniejsza rezerwę oddechową, przez co organizmowi trudno z tę chorobą walczyć. Spotkaliśmy się z różnymi przypadkami. Były osoby młode, które miały skrajnie zajęte płuca i umierały. Były osoby, które nigdy na nic nie chorowały, jednak ta choroba rozwijała się u nich w piorunujący sposób, przez co ostatecznie wylądowały podłączone do respiratora. Myślenie, że jest się młodym i silnym, a koronawirus to co najwyżej kaszel, katar czy osłabienie, to duże nadużycie. W rzeczywistości tak to nie wygląda. Oczywiście ryzyko jest dużo mniejsze niż w przypadku osoby starszej, ale nadal ono istnieje. Znam przypadek, gdzie ta choroba potrafiła zabić trzy dorosłe osoby w jednej rodzinie, osierocając nastoletnią dziewczynę. Mamy na prawdę do czynienia z pandemią. Usłyszałem któregoś razu taką teorię, abyśmy zrobili tak zwany eksperyment szwedzki, a więc musielibyśmy zarazić się wszyscy, służba zdrowia nie będzie działać, a 5 procent z nas umrze. Jeśli więc w województwie pomorskim mamy 2 miliony ludzi to umrze 100 tysięcy osób. Należy sobie zadać pytanie, czy rezygnując z wszelkiego rodzaju ograniczeń jesteśmy w stanie zaakceptować to, że umrze 100 tysięcy osób, w tym na przykład nasze babcie i mamy?

A.B.: Co sądzi Pan na ten obostrzeń, które były wprowadzane na przestrzeni ostatnich miesięcy? Czy według Pana są one zawsze w pełni logiczne?

P.W.: Nie zawsze jako przedstawiciele służby zdrowia widzimy spójność w nakładaniu obostrzeń. Te rzeczy czasami wydają nam się nielogiczne. Chcę jednak powiedzieć, że kiedy powiat kartuski ma tak zwany „lockdown” to my jako służba zdrowia nadal pracujemy ciężko, ale spokojnie. Nasze zasoby kadrowe, sprzętowe czy łóżkowe wystarczają wówczas na te osoby, które się wtedy zarażają. Doskonale rozumiem jednak dramat ludzi, których biznesy przez ten „lockdown” legły w gruzach. Sam mam znajomych, którzy potracili coś, co było dorobkiem ich życia. Gdy jednak luzowane są obostrzenia, otwierane są siłownie, kina czy inne obiekty, związane z kontaktami międzyludzkimi, to ja tutaj mam horror. Nie jesteśmy wówczas w stanie zapewnić wszystkim zakażonym osobom taką pomoc, jaka im się należy.

A.B.: A jak ocenia Pan sprawę noszenia maseczek?

P.W.: Ostatnio miałem dyskusję z kimś, kto powiedział mi, że w tej chwili służba zdrowia rozpoznaje tylko koronawirusa, jakby nie było już innych chorób, takich jak grypa. Nieprawda. Mycie rąk, dystans społeczny czy maseczki ograniczają wszystkie choroby, przenoszone metodą kropelkową. Nie jest to przeciwko tylko i wyłącznie koronawirusowi. Oczywiście w medycynie nic nie jest „zerojedynkowe”, tym samym maseczki nie są 100-procentową gwarancją niezakażenia się. Na pewno jednak zmniejszają prawdopodobieństwo, dzięki nim wydobywa się z nas mniej aerozolu, co ogranicza rozwój choroby. Spójność i nielogiczność obostrzeń, o których mówiliśmy przed chwilą, wynika z tego, że ta choroba jest z nami dopiero od półtora roku. To bardzo krótko jeśli chodzi o poznanie wszystkich jej aspektów. Nie chcę wypowiadać się w kwestiach ekonomicznych, a więc jak ograniczenia wpłyną na polską gospodarkę, ale jako prezes szpitala mogę powiedzieć, że pozytywnie wpływają one na to, co dzieje się u mnie w placówce.

A.B.: Wspomniał Pan o dramacie, z którym mają do czynienia przedstawiciele różnych branż, między innymi branży gastronomicznej.  Nie uważa Pan, że dobrym rozwiązaniem byłoby to, aby branże te mogły w czasie pandemii normalnie funkcjonować z zachowaniem reżimu sanitarnego?

P.W.: Zawsze mam problem z tym, czy nakładane restrykcje są w rzeczywistości przestrzegane. Pewnie można byłoby rozwiązać to w taki sposób, tak jak mówiłem medycyna nie jest „zerojedynkowa”. Ile jednak osób w ogóle nie nosi maski, widzę ich sporo na ulicy. Ja również cierpię z tego powodu, że nie mogę iść do kina, teatru czy restauracji. Fenomen tej choroby najbardziej dotyczy nie tych ludzi, którzy pracują, działają biznesowo, ale tych, których mamy w domach. Pandemia to test na naszą empatię i nasze współczucie, a także test na to, czy jesteśmy skłonni zrezygnować z wyjścia do restauracji, aby uratować życie naszych dziadków. Zdaję sobie jednak sprawę, że dla ludzi z wielu branż, to co się dzieje jest dramatem. Był taki moment przy pierwszym „lockdownie” że zamknięto fabryki, potem się z tego wycofano gdyż produkcja, to około 60 procent PKD. Szwedzi próbowali poradzić sobie z tym w ten sposób, że będą chronić osoby starsze, a więc najbardziej narażone na śmierć, a populacja ludzi młodszych po przechorowaniu koronawirusa złapie odporność. To się nie udało. Szwecja ma bardzo dużą zachorowalność ze względu na specyfikę przenoszenia choroby.

A.B.: Czy szczepionki to Pana zdaniem droga do normalności, a więc powrotu do tego, co było przed koronawirusem?

P.W.: Jedyna. Dyskusja na temat skuteczności szczepionek i powikłań po nich jest dyskusją kompletnie niepotrzebną i zastępczą. Wszyscy razem tworzymy społeczeństwo, a co za tym idzie będąc jego częścią musimy przyjąć pewne zasady. Jeśli tego nie zrobimy, cierpieć będzie reszta tego społeczeństwa. Zdarza się, że również antybiotyki mają pewne niepożądane działania uboczne. Jak już mówiłem, medycyna nie jest „zerojedynkowa”, trzeba o tym pamiętać.  Warto zwrócić uwagę na to, ile osób ta szczepionka uratowała, a ile miało powikłania. To są tak naprawdę pojedyncze przypadki. Ważną rzeczą jest to, że pacjenci zaszczepieni nie trafiają w ciężkim stanie do szpitala. Nie chroni ona przed zakażeniem, ale przed ciężkim przebiegiem choroby i śmiercią z powodu Covid-19. To jest zdanie, które powinno być powtarzane jak mantra przez wszystkie media. Czy ta szczepionka za rok będzie lepsza? Oczywiście. Za dwa lat tym bardziej. Tak było z każdą szczepionką, jaka pojawiała się na świecie.

A.B.: Zakładając że społeczeństwo będzie się szczepić zgodnie z oczekiwaniami, kiedy nastąpi powrót do normalności? Kiedy będziemy w tej samej sytuacji, jak jeszcze w rok 2019?

P.W.: Moim zdaniem świat z 2019 roku nigdy nie wróci. To co wtedy wydawało nam się normalne, ta wolność związana z możliwością wyjazdu gdziekolwiek i kiedykolwiek, nigdy już nie wróci w formie, jaką pamiętamy. Co do kwestii zakończenia pandemii, myślę że w krajach rozwiniętych w optymistycznym wariancie będzie to 2022 rok. Wówczas zaszczepiona zostanie wystarczająco duża część populacji. W krajach mniej rozwiniętych ta pandemia nie skończy się szybko, niewykluczone, że powstawać tam będą kolejne mutacje wirusa. W mojej ocenie swobodne przemieszczanie się po świecie nie wróci szybko, rok 2019 był ostatnim takim rokiem. Jeśli jednak pomożemy krajom mniej rozwiniętym to całkowity koniec pandemii może nastąpić w latach 2024 bądź 2025. Niestety tak to widzę.

Zostaw komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

*